Latest Posts

   Prowadząc bloga, urządzając dom, czytając wnętrzarskie gazety codziennie oglądam piękne fotografie. Często anonimowe, choć mówiące tak wiele o ich autorze. Dla mnie fotografia to prawdziwa sztuka. Piękna fotografia pokaże nie tylko przedmiot. Pokaże uczucia, nastrój, uchwyci moment. Można mieć najlepszy i najdroższy aparat, ostry jak brzytwa obiektyw i pstrykać zdjęcia. Można mieć starą Smienę i 24-klatkowy film i fotografować. Bo sprzęt to tylko narzędzie. Dopiero w rękach ożywa, staje się pośrednikiem między okiem fotografa i fotografowanym obiektem.
      Chciałabym Was zabrać w niezwykłą podróż do codzienności widzianej okiem jednego fotografa. I chciałabym, abyście regularnie odkrywali ze mną te światy i abyście za każdym z tych światów poznawali osobę, która ten świat Wam pokazuje. Odczarujmy anonimową fotografię. Bo fotografia jest sztuką, którą poznajemy dzięki niezwykłym artystom, którzy ją tworzą.
      Regularnie w postach "One Photographer" czyli "Jeden fotograf" będę pokazywać Wam na blogu prawdziwych artystów. Będzie to tylko i wyłącznie mój subiektywny punkt widzenia. Poznacie ze mną nie tylko światowej sławy fotografów, ale też ludzi, których odnalazłam w czeluściach internetu i dzięki którym mogłam przez chwilę złapać oddech. Których fotografie potrafią wbić mnie w fotel, sprawić, że czas na chwilę staje, a wazon kwiatów na stole staje się dziełem sztuki. Nie będę o nich wiele opowiadać. W każdym razie nie słowem. Całą ich wrażliwość i niezwykłość zobaczycie na zdjęciach. A kiedy następnym razem zobaczycie jej/jego zdjęcie poznacie je! 
Gotowi?


Dziś zacznę od "tej wielkiej", której fotografie wielu z Was widziało wielokrotnie. 

Paulina Arcklin.


Jak Paulina Arcklin mówi sama o sobie:

Wszystko co robię, robię z pasją. Kocham to co robię i robię to, co kocham. 

Połączyłam ze sobą wszystko co jest moją pasją: przygotowanie wnętrz do zdjęć , stylizacja i fotografia.   "Fotografia to nie tylko obraz. To twój wizerunek. To moja pasja. To nie tylko praca. To mój styl życia!"


Jej zdjęcia są na prawdę magiczne. Cechy charakterystyczne? Biel, rozmyte kolory, szczypta orientu, stare drewno, rozbielone, wypłukane przez morze. Brązy, beże, stonowana kolorystyka, bliskość natury, prostota formy, miękkie tkaniny. Co czujecie kiedy patrzycie na jej fotografie?

Ja czuję spokój.





Nie pomylę się, jeśli uznam, że nie raz widzieliście już te zdjęcia?

Koniecznie znajdźcie spokojna chwilę na przeglądnięcie pięknego katalogu:



Więcej Pauliny i jej sztuki znajdziecie TUTAJ:


Rozbudziłam Wasze apetyty? wkrótce kolejny czarodziej za obiektywem :)
Witajcie Kochani!

Pierwsze dni marca mijają niespiesznie. Weekend choć pracowity spędzony miło i w przyjemnej, trochę zaczarowanej atmosferze. Dziś tylko krótka migawka z mojej weekendowej "bytności" na Instagramie. Kto jeszcze nie widział - zapraszam. Tam dzieje się zdecydowanie najwięcej...



Biel, czerń i drewno. dużo drewna. Surowego, czystego, ale też starego i nadgryzionego zębem czasu. Tak zapowiadają się najbliższe nowości w domu i pracy. Po bardzo długiej przerwie mam nadzieję na dobre wrócić do warsztatu, bo mój zeszyt inspiracji i planów pęka już w szwach. 
Do zobaczenia "w internetach"!





Słowo na niedzielę. Przykazanie nowe daję Wam :)Kochajcie się. I kochajcie SIEBIE! 
Codziennie rano powtarzajcie:
Jestem piękna
umiem
potrafię
mogę 
dam radę

I mówcie to swoim dzieciom!


Zestaw: typografia You Are Beautiful i drewniane serce w kobiecym zestawie
na www.any-thing.pl


Zaklinam już wiosnę...ostatnie dni lutego witają mnie pięknym słońcem i krzykiem dzikich kaczek. Po nieprzyjemnej i naznaczonej chorobami zimie moje serce rwie się już do wiosny. Do życia. Do chłodnej ziemi i pierwszych porządków w ogrodzie. Do sadzenia, cięcia i czyszczenia.
Co roku niezmiennie zadziwia mnie to uczucie. Wiosna, ogród, praca, słońce. Pełnia szczęścia...








Mój marzec będzie pracowity. W domu, ogrodzie, warsztacie. A Wasz?



Nie należę do rozrzutnych osób. Każdy zakup planuję, wybieram spośród różnych opcji, czytam opinie. Zazwyczaj. Był taki czas, kiedy ta zasada kompletnie nie obowiązywała w odniesieniu do dekoracji domu. Kierował mną tylko i wyłącznie impuls i najzwyklejsze "chciejstwo". Lista moich musthave była długa...kiedy skreślałam z niej jedną zdobytą pozycję, w jej miejsce natychmiast pojawiało się kilka następnych. Nie ukrywam, że ogromny wpływ na to miało moje blogowanie, pinteresty i inne instagramy. Gromadziłam te moje skarby, eksponowałam...aż niedawno przyszedł dzień, kiedy po prostu było ich za dużo. Zdecydowanie za dużo. Poczułam się przytłoczona, moja przestrzeń jest zagracona, niespójna. Czy na prawdę na sofie musi być 15 poduszek? wszystkie je uwielbiam, ale niekoniecznie na raz :) Kiedyś marzyła mi się patera, czy dziś potrzebuję ich aż pięć? Kubki nie mieszczą się w dwóch pokaźnych rozmiarów szafkach. Mimo dużej kuchni wciąż brakuje miejsca na wszystkie miseczki, szklaneczki, talerzyki i niezbędne akcesoria. Opiekacze, tostery, blendery, wyciskacze. Wpadłam w pułapkę, a moja wrodzona miłość do rzeczy mnie zgubiła. Bo ja się do nich przywiązuję, wiecie? Z każdą wiąże się miłe wspomnienie, a ja jestem ogromnie sentymentalna. I tak ciężko się rozstać. 
I nadszedł ten dzień, kiedy sobie to uświadomiłam. Takie bum. Dosłownie! Zaatakowała mnie moja własna szuflada pełna pojemników i pokrywek. Spadła wprost na moje nogi. Chwilę później szukając kuchenne ścierki połowa zawartości bieliźnianej szafy spadła mi na głowę. To przeważyło. Wściekłam się. Na szufladę. Na głupie ścierki. Na to że nic mi nie wychodzi. Na to, że mam wiecznie bałagan. NA SIEBIE!
Historia całkiem świeża. Zbiegła się w czasie z moim chorowaniem, ogólnie rzecz biorąc "delikatnym" rozdrażnieniem. To nie był dobry moment. To był najlepszy moment! Żeby sobie uświadomić, że pora coś z tym zrobić...
W moim przypadku nie będzie spektakularnej akcji, wyrzucania worków z rzeczami czy wielkiej wyprzedaży. Będę oczyszczać swoją przestrzeń stopniowo, małymi kroczkami. Szafa po szafie, półka po półce. Kuchnia już wysprzątana przy okazji malowania. Na półkach o połowę mnie rzeczy. To, czego nie używam powędrowało do kartonów i znajdzie nowych właścicieli.

A ja już zabieram się za kolejny pokój... jak nic, wiosna idzie!!!







Do warsztatu zaglądam w tym roku sporadycznie i zazwyczaj późnymi wieczorami (uwielbiam, choć nocna jazda przez pola samochodem przyprawia mnie o dreszcze). Brakuje mi tej pracy. Tu też wkrada się prostota. Minimalizm. Surowe drewno. Proste formy. Tak chyba lubię najbardziej...



Czasami jest tak, że marzymy o wielkich zmianach. Planujemy, myślimy jak będzie wyglądać nasz wymarzony salon, kuchnia, sypialnia. Dom. I odkładamy te marzenia na półkę, do puszki "jak wygram w totka" albo "jak odłożymy pieniądze na remont". Bo przecież trzeba wymienić wszystko, kupić, a to wszystko jest takie drogie! Nowe wymarzone meble z katalogu, sprzęty, no i fachowcy rzecz jasna. A kiedy dołożymy do tego jeszcze ten okropny bałagan ciągnący się w nieskończoność, brud, przygotowania, zakupy!!!

Nie w tym roku, nie teraz, później, jak będzie więcej czasu!

Czasami jest tak, że marzymy o wielkich zmianach. Czasami te zmiany wymagają po prostu chęci i pracy. Chcecie przykładu? Proszę bardzo!

Kiedy dziewięć lat temu urządzaliśmy kuchnię w naszym nowym, pierwszym, wspólnym wymarzonym domu była ona spełnieniem naszych marzeń. Intensywnie zielone ściany, nowoczesne kubiki i królujące w katalogach i na ekspozycjach meble z płyty wenge. Byliśmy tacy zadowoleni z efektu! Po czterech latach te kolory przyprawiały mnie o zawrót głowy! Kolejny remont. Salon w bieli i szarości. I kuchnia - połączona z salonem. Meble pozostały, ale zmieniliśmy kolor. Poranna mgła. Tak się nazywał. Przepiękny delikatny szaro-beżowy kojący odcień. Na wzorniku. 
Tak. Powiem Wam jedno. Wzorniki kłamią!!!
Nasz przepiękny szaro-beżowy kolor okazał się być morelowo-różowy. Blady co prawda, ale jednak. Do tego niesamowicie podbijał ciepłe nuty koloru mebli (czyli rzeczonego wenge) i podłogi (beżowe kafle). Wszystko razem grało, owszem, ale było takie...ciepłe. Mocno rustykalne. Nie wiem, czy zwróciliście uwagę, ale przez ostatnie lata kuchnia w szerszym kadrze nie ukazywała się zbyt często. Ba! Miałam trudności z odnalezieniem w archiwach zdjęć choćby kilku fotek naszej kuchni w całości.
Snułam więc marzenia. Te o remoncie. Wymianie mebli, Zbiciu kafli. Malowaniu ścian.
Aż wreszcie jakieś dwa tygodnie temu, przy kolacji z M, rzuciłam trochę z kosmosu " Drażnią mnie te ściany! Chyba pomaluję je na biało!". Byłam pewna, że mąż zaoponuje. Że wymyślam, że bez sensu, że przecież ostatni remont łazienki zupełnie pozbawił nas oszczędności. Usłyszałam jednak "Ok. Jeśli masz ochotę".
????????????????????????????????????????????????????????????
What?

W czwartek M wyjechał na weekend szaleć na białych stokach. Ja też zanurzyłam się w bieli. A dokładnie w 10 litrach białej farby. Środowa wizyta u pediatry, następne antybiotyki i perspektywa KOLEJNEGO tygodnia w domu z zasmarkanymi i rozgorączkowanymi dziećmi podkręciła atmosferę. A ci, który mnie znają wiedzą, że nic tak nie motywuje mnie do działania, porządków i zmian jak...nerwy! 
Dwa i pół dnia. Tyle zajęło mi czterokrotne pomalowanie ścian w kuchni - łącznie z przygotowaniem, pakowaniem w kartony, myciem ścian, oklejaniem, malowaniem, sprzątaniem i układaniem. Robiłam to sama, zajmując się dwójką chorych dzieci i zwykłymi domowymi obowiązkami. Da się! Moja NOWA kuchnia kosztowała mnie 100 zł. I mnóstwo pracy. 

Niesamowite, jak wielką wizualną zmianę wprowadziła biel. Ochłodziła brąz mebli pięknie z nimi kontrastując i podbijając chłodne tony zamiast ciepłych. Już nie marzę o nowych meblach. Kiedyś je zmienię, na pewno, na te wymarzone drewniane. Z dębowymi blatami. A tymczasem LUBIĘ moją nową starą kuchnię. Na prawdę!!! Efektem naszej odnowionej przyjaźni jest choćby ostatni post. Znów częściej w niej przebywam i piekę, gotuję, miksuję. 
Tylko dwa i pół dnia.













Dla niedowiarków moja kuchnia i jej przemiany :)

2006

2010


2015

Na zdjęciach:
świecznik kaganek - AnyTHING
świecznik hexagon - AnyTHING
Podstawki hexagon - AnyTHING
Typografia EAT - AnyTHING
typografia Why the Hell Not - AnyTHING
Taca na nóżkach -  Westwing
komplet filiżanek do espresso, buteleczki, młynki - pchli targ
czarna taca -IKEA
Wazony geometryczne - DIY na blogu
Jest niedziela, jest zabawa!

A raczej relaks. Prawdziwe slow life.  Mąż szaleje na stokach gdzieś daleko, a my chorujemy w domu. Dziś dzień, o jakim skrycie marzyłam od dni wielu, tygodni nawet... Wylegiwanie się w łóżku do 11. Śniadanie w szlafrokach. Pidżamowy dzień z Opowieściami z Narnii w tle...

No tak tak, przy okazji poodkurzałam i przemyłam podłogi. Przesadziłam kwiaty. Sprzątnęłam po małym nieoczekiwanym remoncie w kuchni. Zrobiłam obiad i upiekłam ciacho. Ale wszystko to niespiesznie, bez przymusu czy niechęci. Uwielbiam takie dni, kiedy nic nie muszę. 



A wracając do ciasta :) Kiedyś piekłam coś słodkiego w każdą niedzielę. Tak, jak było w moim rodzinnym domu. Ostatnio zaniedbałam tę tradycję. Ale dziś, przy okazji odnawiania kuchni (o tym będzie w kolejnym poście) znalazłam zapomnianą trochę książkę Marty Gessler. I zachwyciła mnie na nowo. Każde zdjęcie potrawy w niej opisanej to małe dzieło sztuki. Nie tylko kulinarnej. I od razu pomyślałam, że dziś pora na ciasto. Takie wilgotne, czekoladowe, pachnące kawą, słodkie do bólu. Brownie. 








W całym domu unosi się jego zapach. Dzieci dopytują czy już, czy gotowe, czy wystygło. A ja czuję, że jestem tu, gdzie miałam być. Nawet jeśli znów męczą nas choroby, praca czeka, maile nieprzeczytane, a do prasowania cały kosz. Dziś jestem tylko ja, dzieci i nasze czekoladowe ciasto. O reszcie pomyślę jutro...



Podkładka hexagon i deska kuchenna - AnyTHING
Blogging tips