Przeczytałam ostatnio kilka dobrych artykułów i postów mądrych kobiet (tak się złożyło, że były to same kobiety) na temat naszego sposobu podejścia do życia i podejmowania wyzwań. Ja zawsze byłam racjonalistką, przerażająco ostrożną racjonalistką. Nie lubię podejmować WAŻNYCH DECYZJI pod wpływem impulsu. Każdą rozważam, analizuję pod kątem RYZYKA, wypisuję za i przeciw, waham się i zmieniam zdanie. I w głowie mam mętlik "A co jeśli?"


     Myślę, że wiele straciłam nie płynąc na fali emocji, nie pozwalając sobie na spontaniczne decyzje. Na ryzyko (znów to słowo). Ja, taka zodiakalna podręcznikowa panna - rozsądna, poważna, drobiazgowa. Charakteru nie da się zmienić z dnia na dzień, ale nowego spojrzenia na świat można i trzeba się nauczyć.
Moim pierwszym ryzykownym krokiem w dorosłym życiu było założenie firmy. Jak fajnie opisała to Kasia z bloga Theowner.co w artykule "Jak zacząć? perfekcyjnie vs szybko" (koniecznie przeczytajcie jeśli właśnie startujecie lub nosicie się z takim zamiarem!) 


"profesjonalizm to coś do czego trzeba dążyć, a nie od niego zaczynać"


      Otóż ja zaczynałam perfekcyjnie. Po nocach męczyło mnie uczucie, że nie jestem dość dobra, bo to robić, nie dość PERFEKCYJNA właśnie. Strona za mało profesjonalna, zdjęcia złej jakości, katalogi niedopracowane i wydawane w pośpiechu. I czekałam kiedy dostrzegą to inni. Nie zliczę ile prac wylądowało w piecu, ile dni pracowałam nad każdym produktem, zanim pojawił się na wirtualnej półce. I bałam się wyzwań na początku. Tych SPECJALNYCH ZAMÓWIEŃ. Czasem odmawiałam ze strachu, że nie podołam, że to za duże wyzwanie. Aż natrafiłam na wspaniałych ludzi. Klientów mogłabym napisać, ale nie lubię tego słowa. Ludzie, którzy zdecydowali zwrócić się do mnie po tę wymarzoną rzecz, której nie mogli kupić nigdzie indziej. Gdy to dostrzegłam (uświadomiona przez jedną z moich wiernych odbiorczyń - Pani Kasiu, Pani wie, że to o Pani!), poczułam się fantastycznie z myślą, że spełniam takie malutkie marzenia. Że jeśli zaryzykuję i podejmę wyzwanie, które przede mną stawiają skorzystają na tym obie strony. Oni zyskają niepowtarzalna rzecz, którą chcieli mieć, a ja zyskam nowe doświadczenie, umiejętności, które być może zaowocują kolejnymi projektami.
Tak jak mówi o tym Kasia z bloga Twoje DIY w wywiadzie dla portalu Nowy Marketing (Kolejny artykuł, który polecam Waszej uwadze! KLIK):


" To był absolutny przypadek (...) Pracowałam dla polskiej marki, która zażyczyła sobie filmów poklatkowych. W pierwszym momencie chciałam odmówić tej współpracy, bo wydawało mi się, że takich filmów nie dam rady zrobić (...) Postanowiłam spróbować. Po pierwszym filmie wiedziałam, że to jest coś dla mnie"


Ja nieustannie uczę się czegoś nowego, próbuję, ponoszę mnóstwo porażek i wiele z moich prób kończy się fiaskiem. Ale próbuję nadal, podejmuję RYZYKO licząc się z jego konsekwencjami. Ten dzień czy dwa od momentu gdy posyłam gotową pracę - tę tworzoną na zamówienie, do momentu gdy dostaję wiadomość, że dotarła i jest idealna! To uczucie jest nie do opisania :) Czuję, że to co robię ma sens...

       Ale mówiąc o podejmowaniu ryzyka nie myślę tu tylko o pracy. Warto nauczyć się "bycia na TAK" jak to opisała ostatnio Magda z bloga Wnętrza Zewnętrza. Bycia otwartym. Na nowe. Nowe znajomości, nowe wyzwania, nowe doświadczenia. W myśl zasady, że lepiej żałować tego, co się zrobiło niż tego, czego się nie zrobiło.
I jeszcze jedno - warto pracować nad wiarą w siebie i w to, co się robi. Jeśli Wy nie uwierzycie w siebie, nie uwierzą też inni! Ale to już temat na kolejny post (chcecie?).





A Wy? Uważacie się za ryzykantów, umiarkowanych racjonalistów z pewna dozą spontaniczności czy wolicie bezpieczną, dobrze znaną przystań gdzie ryzyko zredukowane jest do minimum?


Kochani, tak jak obiecałam wracam dziś do Was z kolejną porcją plakatów do pobrania i wydrukowania. Tym razem wykorzystałam przy ich tworzeniu darmowe grafiki, które udostępnia na swojej stronie Audrey z bloga Oh So Lovely. Koniecznie tam zajrzyjcie, a gwarantuję, że się nie zawiedziecie. Przepiękne kolory i modne tematy, ale też kalendarze, tapety na smartfony, tablety i monitory. 
Tym razem coś dla małych i dużych, którzy kochają przygody i klimaty BOHO! I aż dziesięć propozycji w najmodniejszych kolorach :)

Częstujcie się! 

(grafiki pobierzecie klikając bezpośrednio na zdjęcia)







Mam nadzieję, że moje propozycje przypadną Wam do gustu i plakaty zawisną w Waszych domach. Pochwalcie się jeśli tak! :)

Miłego dnia!




Każdy kij ma dwa końce.
Bez pracy nie ma kołaczy.

Znacie te przysłowia, prawda? Za każdym razem gdy na widok mojego ogrodu słyszę słowa "Jak tu pięknie", "ale masz zadbany ogród", "zazdroszczę Ci" - myślę sobie CZEGO? Może brzmi to zbyt obcesowo, niemiło, ale nie taka jest moja intencja. Tak na prawdę, kiedy o tym pomyśleć. Nie stoi za mną sztab ogrodników. Piękne rabaty pełne kwiatów to konsekwencja godzin, dni i tygodni spędzonych często na kolanach przy pieleniu, wyrywaniu, nawożeniu...Ale też - wracając pamięcią kilka lat wstecz - prawdziwa ciężka praca fizyczna. 
Nasz ogród rodził się powoli. Kiedy po kilku latach dojrzałam do decyzji o stworzeniu ogrodu z prawdziwego zdarzenia po prostu zakasałam rękawy. Żmudne godziny spędziłam przed ekranem komputera na projektowaniu, przy czytaniu książek i czasopism o ogrodnictwie (bo nie miałam o nim zielonego pojęcia). Dobór roślin okazał się ogromnie trudnym przedsięwzięciem. Gubiłam się, czy cień, czy słońce, czy kwaśna czy zasadowa gleba, które kwiaty się lubią, a których absolutnie sadzić obok siebie nie wolno.
Ale to nic w porównaniu z tym, co działo się później. Praca w ogrodzie oznaczała ciężki fizyczny wysiłek. Często wieczorami nie miałam siły mrugnąć okiem. bolały mnie absolutnie wszystkie mięśnie, zaczęły się problemy z kręgosłupem (które do dziś pojawiają się gdy zaczyna się sezon ogrodowy). 
Sama wyznaczyłam kształty rabat i spędziłam miesiąc na kopaniu ziemi, zrywaniu darni i wywożeniu TON ZIEMI. Dzień w dzień. Przeszłam kilometry z taczką obładowaną tak, że ledwo mogłam ją dźwignąć. Na rękach były pęcherze i odciski, nie wiem ile razy stwierdzałam, ze już nie dam rady. Ale dałam - taka przekorna natura perfekcjonistki. Przecież nie mogłam poddać się w połowie drogi?
Przyszła pora na sadzenie. Luz przecież, teraz już będzie z górki. Tak sobie myślałam. Do momentu, kiedy przy kopaniu dołków pod drzewa i krzewy musieliśmy robić to z mężem KILOFEM, gdyż okazało się, że tuż pod warstwą dobrej ziemi mamy setki kamieni i twardą jak skała glinę. Kilka ton kamyka ozdobnego wożonego taczką i rozkładanego na rabatach. Setki kilometrów przejechane w poszukiwaniu wybranych roślin, wiele nieudanych eksperymentów. Maż, który w upale układał nieskończone metry brukowej kostki, tak jak to sobie żona wymarzyła i narysowała. Jego wieczorne, nocne nawet, podlewanie. Stawianie tarasu własnymi rękoma. 
Zobaczcie sami jak to wyglądało - zdjęć mam cała masę, ale pokażę Wam tylko kilka wybranych miejsc, na przestrzeni kilku sezonów - tych najbardziej intensywnych w kwestii prac i zmian.













Nasz ogród - tak jak wygląda dziś - to kilka lat ciężkiej, fizycznej, wyczerpującej pracy. Nie ma drogi na skróty - chyba, ze stać Was na zatrudnianie ogrodnika. ale wtedy - mogę zagwarantować - ogród nie da Wam tyle satysfakcji!
Tworzenie ogrodu to nauka pracowitości, systematyczności i cierpliwości. Ciągła nauka. Bo w każdym nowym, kolejnym sezonie pojawiają się nowe wyzwania. trzeba przesadzić, rozsadzić, podlać, wypielić, przyciąć, nawozić. Ale to przede wszystkim wielka radość i satysfakcja z dobrze wykonanej pracy. Cieszy każdy pączek, listek, kwiat. Martwi każda choroba, strata roślinki. A rośliny odwdzięczają się za troskę i miłość. Kwitną, rosną w oczach. Zobaczcie jak dziś wyglądają te (i inne) rabaty. Jak wiele zmienia się gdy na początku włożysz całą siebie w to co robisz, by zrobić to dobrze. Jak w życiu.

















Kiedy zapytacie mnie czy było warto - bez wahania powiem, ze tak. zrobiłabym to wszystko raz jeszcze. Z resztą, robię to co sezon, bo praca w ogrodzie, choć nigdy nie widać jej końca, jest najlepszym relaksem dla głowy pełnej rozganianych i niespokojnych myśli. Taka gleboterapia. 




Nadal mi zazdrościcie? To już przestańcie i jeśli tylko macie skrawek ziemi do zagospodarowania (lub choćby donice na balkonie) zabierzcie do pracy! Za kilka lat będą zazdrościć Wam, Wy pokochacie Wasz ogród, a ogród odwdzięczy się całym sobą. Z mojej strony możecie liczyć na pomoc, mogę doradzić, podpowiedzieć, jeśli tylko będę potrafiła.
To kto idzie do ogrodu?




Na pewno już wiecie, że kocham typografię. Najchętniej wszystkie ściany zaanektowałabym na plakaty z piękna czcionką i bardzo ważnymi, tudzież bardzo śmiesznymi cytatami. Jak to zwykle bywa - szewc bez butów chodzi. Choć typografie na drewnie maluję niemal cały czas (KLIK) - niewiele znajdziecie tejże w moim domu. Jestem dla większości posterów "rodziną zastępczą". Znajdują u mnie kąt na krótki czas, zanim nie trafią do nowego kochającego domu, gdzie zawisną na specjalnie dla nich przygotowanym miejscu.




Wszystkie typografie widoczne na zdjęciach znajdziecie  w sklepie AnyTHING Manufaktura Drewna - KLIK


W tym miesiącu mój blog obchodzi swoje pierwsze okrągłe piąte urodziny. 

I z tej okazji chciałabym rozdać trochę prezentów. Nie będzie jednak konkursów i zabaw. Podaruję Wam grafiki. Najróżniejsze. Będziecie mogli je pobrać i wydrukować dla siebie, bliskich. Może chcecie powiedzieć komuś coś miłego? Zmotywować go? Pocieszyć? Sprawić, by uwierzył w siebie?

Plakaty będą różne, natomiast połączy je jedno - będą PO POLSKU.
Mnóstwo jest anglojęzycznych grafik, które są dostępne w sieci i możecie ściągać je i drukować do woli. Dlatego chcę obdarować Was typografiami z przesłaniem w naszym rodzimym języku, których jest dużo mniej. Mam nadzieję, że przypadną Wam do gustu i znajdą miejsce w Waszych domach. 
Linkujcie, udostępniajcie, pozwólcie innym dowiedzieć się o prezentach. I świętujcie ze mną nasze wspólne pięć lat.

Żeby pobrać grafikę kliknijcie po prostu w wybrane zdjęcie. 

Częstujcie się!

  


Jakie słowa, kolory i tła chcielibyście znaleźć na kolejnych plakatach?



Pierwsze wspomnienie niedzielnych śniadań to tata stojący przy patelni, na której skwierczą skwarki. Talerz pełny gorącej pachnącej jajecznicy i kawałek świeżego chleba. Albo stukot łyżeczki o skorupkę ciepłego jajka na miękko. Talerz jajek na twardo z pysznym sosem i świeżym szczypiorkiem.
Nie wyobrażam sobie innego scenariusza niedzielnego poranku. Od 30 lat :) Jajka.
Co nie znaczy, że nie lubimy sobie urozmaicać naszych śniadań. To samo, ale inaczej podane. Macie ochotę na muffiny z jajecznicy?

Potrzeba tylko 8 jajek, świeże warzywa (tu czerwona papryka i szpinak zeszklony na maśle z jakiem i czosnkiem), szynka/kiełbaska, ser żółty lub mozarella, sól i pieprz. Wędlinę układamy na dnie formy do muffinek, dodajemy warzywa, zalewamy rozmąconym jajkiem z przyprawami i posypujemy serem. Wkładamy do rozgrzanego do 180 stopni piekarnika na 10 minut.

I gotowe!

To co zjecie na niedzielne śniadanie?








PAMIĘTAJ

PAMIĘTAJ

MY FOLLOWERS

Copyright © 2015 Wymarzony Dom Ani . Technologia Blogger.