sobota, 27 września 2014

Miasto 44

Nie napisze Wam dobrej recenzji, nie opowiem losu bohaterów.
Opowiem Wam co czuję. Tak na świeżo. Na gorąco.

      Po raz pierwszy w życiu byłam świadkiem jak widzowie opuszczają salę kinową bez słowa. Bez szumu, zamieszania, szelestu papierków, rozmów, śmiechów. W całkowitej ciszy. Nie płakałam na filmie. Wyszłam z sali, wyszłam z kina, wsiadłam do samochodu...i wybuchłam niepohamowanym szlochem. Takim od środka, czułam jak wszystkie moje emocje znajdują ujście, jak napięte mięśnie puszczają, jak bolą mnie szczęki od zaciskania zębów, a w piersi mam wielki, ogromny ciężar. Taką kulę strach, obrzydzenia i przerażenia. 
Uspokoiłam się. Wróciłam do domu rodziców, po dzieci. I na pytanie mamy "I jak film?" po raz kolejny zaczęłam płakać. Nie potrafiłam znaleźć odpowiedniego słowa. Ba, nie mogłam go w ogóle wypowiedzieć. Odchorowałam ten film fizycznie. Kładłam się spać z bólem głowy i ogromnym bólem mięśni - czułam się tak jak po olbrzymim wysiłku fizycznym. Odchorowuję nadal. Nie umiem skupić się na niczym innym, a kiedy zaczynam myśleć o tym co zobaczyłam, w gardle staje gula i oczy są pełne łez. Czuję się zupełnie bezradna wobec tylu emocji na raz....

Dlaczego?

Co takiego mogłam zobaczyć o czym bym nie wiedziała?

Bo to NIE JEST ŁADNY PATRIOTYCZNY FILM. 
Jest potworny, okropny, przerażający i na wskroś brzydki. Bohaterowie nie wychodzą z kanałów z hollywoodzkim make-upem i w czystej sukience. Oglądając te sceny niemal czujesz ten brud na sobie, deszcz krwi, ekskrementy i smród. Potargane włosy, oczy katatonika, który oglądał śmierć swoich bliskich, brud za paznokciami.  Ale nie to jest najgorsze! To tylko obrazy...

To towarzyszący Ci przez pełne dwie godziny strach. Nie czekasz na happy end. Czekasz na śmierć. Jedyne, o czym myślisz to kiedy zginą. Że to nie możliwe, że tyle nieszczęść na raz, że tak mogło być, że ludzie byli wobec siebie tak okrutni. Świadomość, że oglądasz historię, a nie wytwór pokręconego umysłu reżysera jeszcze potęguje tan strach. Paraliżujący. 
Tu nie ma bohaterów. Kryształowych. Są dzieciaki, bawiące się, śpiewające, przezywające pierwsze miłości, którym nagle ktoś wciska w ręce broń i każe im zabijać. Które walczą, wierzą w pewne ideały. Na początku. Potem chcą tylko przeżyć. Uciec jak najdalej. Nie dać się zabić. Nie dać zabić ich najbliższych. ŻYĆ!

Strach. I myśl "czy ja bym tak umiała?" Czy umiałabym strzelić do człowieka? Zamordować? Żeby przeżyć?
Co czuje młody człowiek wychodząc z tego. Jak mocno okaleczone są umysły naszych babć i dziadków? Ich słowa nabierają teraz innego wymiaru...oni musieli to oglądać! Nie w kinie, w ciepłej sali i w dolby sorround. Jak można potem żyć, funkcjonować? 
Moja babcia miała 11 lat kiedy zaczęła się wojna. Dziecko. Dziecko, które widziało to wszystko, które czuło to nie przez 2 godziny. Przez sześć lat. Teraz rozumiem jej słowa, które powtarza za każdym razem gdy w telewizji wspomina się o wojnie, zamieszkach. Zawsze szeptem "Nigdy więcej wojny. Nigdy więcej wojny. Oni nie wiedzą o czym mówią".
Ten film powinien być oglądany przed każdym posiedzeniem rządu, na którym zapadają ważne decyzje. Bo oni nie wiedzą co mówią...

Musiałam to napisać...wyrzucić to z siebie...pamiętacie tę scenę w "zielonej mili" gdzie z ust krztuszącego się więźnia po uzdrowieniu chorej wylatują miliony muszek? Tak się czuję pisząc o tym...

Czy polecam ten film? Tak. ale miejcie świadomość, że to co zobaczycie zostanie w waszych głowach...a może to ja jestem inna.....

czwartek, 25 września 2014

Chciałabym....

Chciałabym za 38 lat nadal lubić jego towarzystwo, potrzebować go...
Razem jeździć rowerami.
Planować wakacyjne wycieczki z mapą i przewodnikiem.
Umieć dzielić swój czas.
Umieć dawać sobie przestrzeń na własne zainteresowania.
Razem milczeć.
Razem się śmiać. Oglądać kabaret.
Czytać te same książki.
Chciałabym kochać go za wszystko i mimo wszytko. Nadal.



Wiem, że można.
Tak jest u nich. Moi rodzice. Dziś małżeństwo z 38 letnim stażem. Piękna miłość. Mądra. dojrzała. Wyrozumiała.
Chcę za 38 lat być w tym samym miejscu.

Sto lat Kochani!!! - z taką miłością 100 lat to za mało :*



piątek, 19 września 2014

Z wrześniowych rozmyślań...

Pamiętam jeszcze mój wpis sprzed dwóch lat...
Przekroczenie magicznej trzydziestki było bolesne. Dziwnie było przejść nad tym do porządku dziennego, kiedy mentalnie nadal mam lat 21. Mniej więcej. A tu nagle ta trójka z przodu. Koniec jakiegoś etapu. Dorosłość? Powaga? Odpowiedzialność? 
Czasem kiedy patrzę na siebie tak z boku aż trudno mi uwierzyć, że to na prawdę ja. Owszem zmieniłam się fizycznie, ale czy na prawdę dorosłam i spoważniałam? Małżeństwo, dwójka dzieci, dom, kredyt. I to wszystko w przeciągu dziesięciu lat?
Dwa lata temu coś sobie obiecałam. Że zrobię wszystko, żeby to były piękne lata. Coś dla siebie. Zrobiłam. Teraz robię to codziennie. 


Z pracy wracam zmęczona. Fizycznie. 
Psychicznie? Mam ochotę śpiewać i tańczyć i całować wszystkich dookoła! Z pracy? Jakiej pracy? Robię to co kocham. godziny w warsztacie mijają niepostrzeżenie, a weekendy są takie długie. Jestem chodzącym przykładam na to, że można kochać swoją pracę.
Trzydziestka?
To był początek wspaniałej przygody, która trwa cały czas.
To mówię ja. 


Lat trzydzieści dwa. Właśnie skończone. Na papierze i w głowie. Bo w sercu wciąż dwadzieścia jeden. Oby na zawsze :)